« Jako twierdzi nauka Ani na wschodzie, ani na ziemi »

Nadzieja pełna jest nieśmiertelności

10.04.2017

To jasne, gdyby nie była, to by nie była nadzieją, nie?

Sadziłem dziś bratki na grobach moich bliskich. Odwiedziłem więc też przyjaciela.  To znaczy stanąłem przy jego grobie, na cmentarzu. Na chwilę. To już prawie dziewięć lat... 

Dziwnie patrzy się dziś wstecz. Na pełną planów na przyszłość młodość. Życie... Cóż... Chyba obu nas zaskoczyło. Wymyśliło dla nas sytuacje i zadania, o których wtedy nawet nie myśleliśmy. Dziwne, gdy życie daje więcej niż marzenia, prawda?

Miałby jednak rację Kohelet, że to i tak wszystko marność i pogoń za wiatrem, gdyby nie nieśmiertelność. Niebo - to będzie nasz największy sukces. Mój przyjaciel - mam nadzieję - już go zakosztował. Taki był porządny z niego chłop, że jeśli nie on, to kto mógłby pójść do nieba?

Co tam robi? Nie wiem. Ale jeśli niebo mam być szczęściem, to mam nadzieję, że on, czekając na resztę swoich bliskich, bierze czasem plecak i idzie w niebiańskie góry. Może razem z innymi naszymi przyjaciółmi. Wiosna, tak piękna na ziemi, tam musi być jeszcze piękniejsza, nie?

Nie tak dawno miałem okazję wrócić na miejsce, na którym wiele lat temu, podczas pierwszej nocy naszej ostatniej swojej wspólnej z owym przyjacielem wędrówki, rozbiliśmy swój namiot. Na Gorc. Znajdująca się tam od lat studencka baza namiotowa wtedy była nieczynna. Zanocowaliśmy więc dalej (szliśmy od Ochotnicy), w lesie pod szczytem. Z pięknym widokiem na Tatry, których wtedy właściwie nie znałem. I nie umiałem powiedzieć: o, Kieżmarski, Łomnica i Durny. A tam masyw Lodowego. Tam - piramida Wysokiej, Rysy, potrójne Mięgusze, a gdzieś w środku wnosząca się nad dużo niższą i prawie poziomą granią wiodącą ku Kasprowemu Świnica... O, nawet Osobistą - tfu - Osobitą chyba widać! Ale i bez tego ten widok i wtedy mi się podobał.

Teraz umiem tak zaszpanować. Zwłaszcza że na Gorcu jest teraz wysoka widokowa wieża. Z bardzo wygodnymi schodami. Można więc rozpoznać, że toto białe, wznoszące się nad masywem pobliskiego Turbacza to Babia. Ten tu bliski na południe to Lubań z przepięknym widokowo grzbietem ciągnącym się do Turbacza,  ten wielki masyw na wschodzie to Radziejowa z Prehybą i Dzwonkówką, a między nimi mniejsze i większe Pieniny :) Jakieś Lubogoszcze, Ćwiliny i Mogielice? E, trudno ich nie rozpoznać. Pasmo Łososiny? No przecież wczoraj tam byłem...

No, teraz łatwiej zaszpanować, ale wejść na Gorc zdecydowanie trudniej. Lata lecą. Dni spędzone przed komputerem i wypite kawy dają o sobie znać. Nogi już nie chcą nieść, ale serce... O, ono ciągle chciałoby być w innym miejscu, niż akurat jestem.

Na szczycie było jeszcze sporo śniegu, ale na szczęście nie zdążył jeszcze zmięknąć. Poczłapałem w dół, na skraj polany pod Gorcem. Miałem nadzieję, że rozpoznam miejsce, w którym stał nasz namiot. Potrafię przecież czasem wskazać miejsce górskiego noclegu nawet wtedy, gdy stare drzewa padają, a zaczynają rość nowe. Ale nie. Zbyt wiele lat na Gorcu nie byłem. Ostatni raz... Zaraz, tak, to już prawie trzydzieści lat temu!  Jednak zbyt wiele się zmieniło, skraj polany porosły chyba nowe drzewa.. I ten śnieg.

Nie odmówiłem sobie jednak przyjemności położenia się w słońcu na odsłoniętej już ze śniegu trawie.... Nie, nie żeby zaraz spać. Jak to ma w zwyczaju jeden z dawnych towarzyszy moich górskich włóczęg. Ale... Zatrzymać się. I jeszcze raz, wystawiając bladą gębę internetowego redaktora ku słońcu, pomyśleć: jeśli Bóg stworzył taki świat, o ile piękniejsze musi być niebo?

Zaczął się Wielki Tydzień. Czas rozpamiętywania wielkich wydarzeń zbawczych. Ostatnia wieczerza, męka, śmierć. Potem zmartwychwstanie. Tego roku wyjątkowo niecierpliwie czekam na ogłoszenie tego ostatniego. Jasne, wiem, że Jezus zmartwychwstał dawno temu. Ale ja chciałbym już słuchać o tym jak uczniowie znajdują pusty grób, jak Go spotykają, jak mówi "pokój wam", jak pali dla nich ognisko.... Chciałbym razem z dwoma uczniami iść do Emaus, zobaczyć łzy radości Marii Magdaleny, zdziwienie niewiernego Tomasza, z Piotrem wskoczyć do wody, posmakować tej pieczonej na ogniu ryby.... Tak, chciałbym przesiąknąć radością zmartwychwstania. Jakże inaczej patrzy się wtedy na świat :) Na nieuchronne przemijanie, siwiejące włosy, kolejną wśród bliskich śmierć....

Może się uda :) Przecież już dziś, kiedy któryś ze współpracowników przerywa mi pisanie sztorcuję go, że ja tu siedzę na Górze Błogosławieństw, pływam z Noem arką, podaję włócznię Dawidowi w jaskini albo i podjudzam anioła, żeby mocnej potrząsnął śpiącym w drodze na Horeb Eliaszem, a oni mnie tu pytają o jakiś harmonogram dyżurów ;) Tak, w świat radości zmartwychwstania na pewno warto się zanurzyć.

Przecież wcześniej czy później i po mnie na tym świecie zostanie tylko kawałek nagrobnej płyty. Po wszystkich moich bliskich też. Mam o tym nie myśleć? Zdecydowanie bardziej niż w strachu uciekać, wolę by moje oczy, głowa i serca napełniały się blaskiem szczęśliwej wieczności :)

1 Komentarz

  • To się nazywa andropauza.Przekornie życzę zdobycia wielu szczytów górskich.Wesołego Alleluja.

  • Oj tam... To się raczej nazywa starość :) Czemu to zaraz z hormonami łączyć?

    A przy okazji dodam, że gdyby liczyć kryteriami interesujących mnie tematów, to ja chyba stary to już jestem od czasu, gdy byłem nastolatkiem. Bo moja dojrzała wiara (w sensie świadomego wyboru) zrodziła się gdzieś na początku pierwszej klasy liceum właśnie w kontekście refleksji nad przemijaniem...

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; W kolorze nadziei. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd