« Wiara niekonsekwentna Nadzieja pełna jest nieśmiertelności »

Jako twierdzi nauka

23.03.2017

Oj, ileż to razy naukowcy stanowczo obstawali przy tym, co okazało się bajką z mchu i paproci?

Wystarczy pobieżny rzut oka na historię nauki, by zachować sporą ostrożność wobec twierdzeń naukowców. Skoro na pewnym poziomie jej rozwoju badacze mylili się, i to nieraz bardzo mocno, nie ma najmniejszego powodu, by na dzisiejsze ich osiągnięcia patrzyć z większym zaufaniem. Oczywiście nie brakuje takich, którzy twierdzą, iż zawsze trzeba być "na bieżąco". To znaczy obstawać przy tym, co akurat uchodzi za najnowsze osiągnięcie naukowe. Sęk w tym, że często sami naukowcy nie są zgodni. I gdyby jeszcze nie wiązało się to z wyśmiewaniem tych, którzy twierdzą inaczej, byłoby pół biedy. Ale nie, mędrcy pouczają maluczkich. I nawet jeśli po czasie wypadałoby maluczkim przyznać rację, nic takiego nie następuje. Jest tylko wykręcanie kota ogonem.

Przed laty wpadł w moje ręce podręcznik fizyki to którejś tam klasy gimnazjum. Co cechuje świat? Trzy możliwe odpowiedzi. Wśród nich dwie istotne: "ruch i zmienność" oraz "ład i porządek". No co?

Oczywiście dzisiejsi zwolennicy "naukowego spojrzenia na świat" (bo niekoniecznie wszyscy fizycy) powiedzą, że to pierwsze. I będą wyśmiewać "fideistów", że wierzą, iż świat cechuje ład i porządek. To przeżytek wypływający z głupiej wiary w Boga - zakrzykną. Tyle że o owym ładzie i porządku to akurat mówili naukowcy. Gdzieś z przełomu XIX i XX wieku, gdy twierdzili, że wystarczy poznać miejsce położenia i moment pędu każdej cząstki w kosmosie, i już można by przewidywać przyszłość. Determinizm się toto nazywało. Obaliło takie myślenie dopiero odkrycie zasady nieoznaczoności, ale przecież "pod ateistycznymi strzechami" funkcjonuje do dziś...

Ten spór dotyczy oczywiście też drobniejszych spraw. Ot, choćy tego co jest zdrowe a co nie. Masło czy margaryna? Kawa szkodzi czy pomaga? I wiele wiele podobnych. Już dawno zauważyłem, że ważne, kto zleca badanie...

Dziś dowiedziałem się, że artykuły w niektórych niby naukowych pismach mogą mieć taką samą naukową wartość, jak to, co ludzie sami sobie wykombinują.

http://nauka.wiara.pl/doc/3764442.Fikcyjna-ekspert-redaktorem-pism-naukowych

No nie, twierdzenie, że słońce jest tak naprawdę zimne, tylko fotony rozgrzewają się przechodząc przez atmosferę - tak żartował mój kolega - chyba jednak by nie przeszło. Nie jest "koherentne" z resztą systemu. Ale pewnie wiele innych, podobnych rewelacji, już tak.

Tak się więc zastanawiam, ile na przykład warte są zapewnienia - rzekomo poparte naukowe - że szczepionki dzieciom nie szkodzą? Tak tak, wiem zrugają mnie za to podejrzenie luminarze nauki. Tyle że ja nie wierzą nauce, która ignoruje przeczące jej tezom fakty. Owszem, można te fakty jakoś sensownie zweryfikować, wyjaśnić inaczej. Tyle że trzeba to zrobić uczciwie, a nie na zasadzie nie bo to niemożliwe....

 

Wpis w kategorii: Złośliwości

1 Komentarz

  • Przyznam, że dziwi mnie wydźwięk tego artykułu. Chyba wyczuwam w nim jakąś osobistą zadrę.
    Po pierwsze, artykuł "udowadniający" nieuczciwość naukowców jest chyba jednak o czymś innym. Przecież w wyniku doświadczenia wskazano, że czasopisma a potwierdzonej reputacji (JCR) nie dały się nabrać na panią O.Szust. Te, w których nie ma dokładnej weryfikacji (DOAJ) to po części. A w tych , co do których już dawno były podejrzenia o nieuczciwości (lista Bealla) - te podejrzenia potwierdzono.
    Wyciąganie na podstawie tego badania wniosku, że powoływanie się na naukowe badania jest błędem - jest też błędne. ( to jak gdyby dziwić się że w Wikipedii można znaleźć bzdury)
    To trochę jakby powiedzieć, że media kłamią, bo znamy kilku długonosych(*) redaktorów.

    Co do szkodliwości szczepionek. W szkole podstawowej uczyłem się o zasadzie działania szczepionek. Wiadomo, że co do ogólnej zasady jest to kontrolowany przebieg choroby. Czyli na pewno jest to coś, co w jakimś stopniu szkodzi. To jest nieuniknione. Mało tego, istnieje ryzyko, że ze szczepionki rozwinie się "pełnowymiarowa" choroba. Ale pomimo tego, w przypadkach ciężkich chorób, ryzyko powikłań jest mniejsze niż ryzyko zachorowania. I to właśnie u dzieci ma to największe znaczenie, bo niektóre choroby mogą być dla nich śmiertelne. Dodatkowo, dochodzi tu aspekt odporności zbiorowej, która chroni również tych, którzy z różnych względów szczepionek brać nie mogą.
    To jest zwykłe, naukowe ale też zdroworozsądkowe zarządzanie ryzykiem. Na tej podstawie na przykład zaszczepiliśmy nasze dzieci szczepieniami obowiązkowymi ale nie szczepimy się na grypę aby niepotrzebnie nie przeciążać swojego układu odpornościowego.
    No chyba, że chodzi Panu o te rewelacje z dodawanymi dziwnymi substancjami. Bo to akurat można zweryfikować nawet w prywatnym zakresie na pierwszym z brzegu spektrografie ( Na przykład prosząc o pomoc Pana Tomasza Rożka).
    Nauka i medycyna ma wiele błędów na swoim koncie. Sam mam kuzyna, który cierpi przez środek polecany 40 lat temu matkom w ciąży. Ale nie mylmy Prawdy z Postprawdą - (dzisiejszy felieton w radiu eM). Bo wnioski, które Pan wyciąga są bardzo emocjonalne i ogólniające, a nie do tego nas Pan przyzwyczaił.

    Pozdrawiam serdecznie!
    * długonosy od Pinokia :-)

  • Emocjonalne i uogólniające wnioski, osobista zadra.... Zwłaszcza to pierwsze mnie dziwi, ale cóż...

    Nie napisałem, że nigdy nie należy wierzyć naukowcom. Podałem przykłady z historii nauki - znaczące dla mnie o tyle, że uwikłane swego czasu w wyśmiewanie wiary w Boga - że naukowcy zmieniają zdanie. I to nie jest tak, ze widza jest doprecyzowywana. Ot, atom był, a od dawna już nie jest najmniejsza niepodzielną cząstką. Czasem ta zmiana zdania to wywrócenie dotychczasowych poglądów do góry nogami.

    Ot, jajka a cholesterol. Dawniej sercowcom nie było wolno. Dziś, zwłaszcza odkąd wiadomo, że jest dobry i zły cholesterol, jajka uznawane są za coś, co może nawet pomóc. Albo osteoporoza: do niedawna uważano, że chorzy powinni przyjmować wapń. Dziś wiadomo, ze nie powinni, ale że powinni za to przyjmować jakieś tam dwie witaminy, które pomagają przyswoić wapń z jedzenia.

    A co do szczepień.... Wiem - tak ogólnie - jak działają szczepionki. Mam jednak wątpliwości, czy małym dzieciom powinno się ich podawać tyle, ile się podaje. Pomijam już cały problem ignorowania zgłaszanych przez rodziców komplikacji występujących po szczepieniach. Sam fakt, że u nas w Polsce obowiązkowych szczepień jest więcej niż w innych krajach Europy powinien dawać do myślenia, prawda? Znaczy że co: że Niemcy nie dbają o zdrowie dzieci? Głodne gadki o tym, że sąsiadujemy z Rosją czy Ukraina, gdzie niektóre choroby mogą częściej występować to właśnie takie pseudonakowe pitu pitu... Tymczasem argumentami przeciwników (takiej masy) szczepień nikt się nie przejmuje, Dyskutuje się z pozycji "nie chcą szczepić - to ukarać, bo zagrażają innym". W Niemczech nie zagrażają, u nas tak. Dziwne, nie?

    A co do prawdy i postprawdy..... (choć zdecydowanie preferuję tischnerowską nazwę tego, co dziś się nazywa postprawdą)... Nie głoszę jakichś tam koncepcji naukowych czy medycznych. Przytaczam fakty, którą obrazują tezę: ślepa ufność w to, co mówi nauka jest nierozsądna. I powiem więcej: czasem nie nauka coś tam mówi, ale różni ideolodzy, powołując się na naukę.

    Ot, przykład z tymi szczepionkami. Zrugano mnie kiedyś, że głoszę opinie sprzeczne z dzisiejsza wiedzą (choć tylko apeluję o poważne potraktowanie złych doświadczeń wielu rodziców, bo uważam, że nauka, która ignoruje niewygodne fakty nie jest godna miana nauki). I odesłano mnie do fachowej literatury. Jakichś tam badań. W streszczeniu (abstrakcie) artykułu opisującego te badania faktycznie napisano, że nie znaleziono związku między szczepieniami a zachorowalnością na pewne przypadłości. Wystarczyło jednak przeczytać całość opracowania i już czytelnik dowiadywał się, że badacze wcale ich nie wykluczali. Nie wykryto związku. Między innymi z powodu dobrania próby: to, o ile mnie pamięc nie myli, były same dzieci szczepione, bo do niedawna nieszczepionych trudno było znaleźć. Zdanie "nie wykryto związku" potraktowano jaki stwierdzenie "nie ma związku".

    No i tak to jest na tym pograniczu ideologii, nauki i wielkiego biznesu....

    A co do tego, że mam szukać pomocy u kolegi Rożka... Pozostawię bez rozwinięcia.

  • Przepraszam, jeżeli użyłem zbyt ostrych słów. Być może to ja podchodzę do sprawy zbyt emocjonalnie. Wynika to z tego, że uważam, że podsycanie fobii antyszczepionkowej jest jak bezpodstawne wołanie: "Pali się!" w pomieszczeniu pełnym ludzi. Najczęściej prowadzi do wywołanie paniki, której skutków ciężko przewidzieć.

    Inny przykład: każdy zna z opowieści znajomego znajomych, że ktoś przeżył wypadek samochodowy tylko dzięki temu, że nie zapiął pasów bezpieczeństwa. I technicznie jest to możliwe, że wypadnięcie przez szybę uratuje na przykład przed zgnieceniem lub spaleniem wewnątrz. Idąc dalej, są dowody na to, że ogólne stosowanie pasów zwiększyło średnią prędkość na drogach i częstość zachowań ryzykownych.
    Czy to argument za tym aby przestać je zapinać?

    Gdyby w dzisiejszych czasach dzieciom robiły się takie kratery na rękach jakie większość z nas - dorosłych nosi do dziś, to jaki byłby raban!
    A jednak to właśnie dzięki "poświęceniu się" naszego pokolenia, pokonano czarną ospę całkowicie i nasze dzieci nie muszą brać tak obciążających szczepień.

    Zestaw szczepionek obowiązkowych jest na pewno tematem do dyskusji. Na przykład ta przeciwko gruźlicy ma tak krótkie działanie, że właściwie jej stosowanie jest bez sensu. Są też kontrowersje co do odry. Poza osłabionymi wiekiem lub czymś innym osobami szczepień na grypę nie ma sensu brać. Warto też dopłacić do szczepionek lepszej jakości. Ale to podpowie każdy lekarz. No chyba, ze widzimy w nich jedynie bezdusznych przedstawicieli lobby farmaceutycznego, wtedy dyskusja się kończy.

    Moja dygresja o Panu Rożku wynika z serii teorii spiskowych, które mówią o wykorzystywaniu szczepionek do aplikacji jakiś podejrzanych związków chemicznych. To po prostu tani i prosty sposób na ich weryfikację.

    Proszę wziąć jeszcze jedną sprawę pod uwagę. Jest sprawą bardzo naturalną i zrozumiałą, że rodzice, których dzieci dotknęły jakieś ciężkie choroby szukają jakiegoś sensu, albo czasami winnego ich nieszczęścia. Jak łatwo wtedy uwierzyć, że winne jest jakieś tajemnicze lobby, które propaguje używanie szkodliwych środków tylko ze względu na olbrzymie zyski.
    A już na zakończenie, niedawno czytałem artykuł o osobach z przeszłości z podejrzeniem zespołu Aspergera...

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; W kolorze nadziei. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd